Macierzyństwo bez fikcji

Dzisiaj byłam uczestnikiem wydarzenia, na które z reguły patrzyłam z boku, z mieszaniną współczucia, zmęczenia i ulgi, że to nie ja. Niestety, tym razem to byłam ja. 

Scena pierwsza, środek dnia, gorąco, mała poczta i pełno ludzi. 

Wchodzę z Emi na pocztę. Jeszcze nie zdążyłam za nią wejść a ona już w płacz. Może nie ma w tym nic dziwnego, bo gdybym ja, z wysokości 80 cm zobaczyła las obcych nóg, też bym się rozpłakała, ale samo rozumienie nie dodało mi cierpliwości. Wcisnęłam się do środka i wciągnęłam płaczące dziecko dalej. Troszkę ją uspokoiłam, zostawiłam na środku podłogi z wodą i kukurydzianym chrupkiem, i ustawiłam się w kolejce. Tu muszę przyznać, że skorzystałam z tego, czego nigdy nie robiłam w pierwszej ciąży. Ponieważ było napisane, że kobiety w ciąży są obsługiwane poza kolejnością, spytałam czy mogę podejść. Pani w okienku, zmęczona płaczem Emilki (ktoś z kolejki chciał ją rozweselić, co skończyło się ponownym atakiem płaczu), z radością się zgodziła. Po kilku minutach udało mi się więc wszystko załatwić i płaczące dziecko wywlec na zewnątrz. 

Płacz skończył się w ułamku sekundy i zadowolony maluch pozwolił się prowadzić z powrotem, oglądając wszystkie napotkane po drodze chwasty.

Macierzyństwo do zdjęcia

Scena druga, kilka minut później, kilkanaście metrów dalej.

Budka z lodami, za budką mały ogródek ze stolikami z palet i hipsterskimi poduchami/leżakami. Kupiłam sobie loda i postanowiłam kilka minut odpocząć. Siedzę wygodnie na leżaczku a słoneczko przebija przez liście rozłożystego drzewa. Uśmiechnięta Emilka chodzi dookoła stolika z palety, gaworząc do siebie zawzięcie. Żyć nie umierać….

Oba obrazki prawdziwe, z udziałem tych samych osób i prawie w tym samym czasie. Jak myślicie, który obrazek wrzuciłyby mamy instagramy opisując, jakie to macierzyństwo wspaniałe i jak ich zdanie wygląda macierzyństwo bez fikcji? 🙂

Powrót na górę