Dotychczasowe nasze wyjazdy miały jasno określony cel – nie zawsze w pełni zrealizowany, ale jakiś nam przyświecał. Na ten wyjazd nie mieliśmy żadnego. Po wypadzie na piwo ze znajomymi, Arek wrócił z informacją, że wybierają się w niedzielę na zamek Bobolice. Wprawdzie nic nam to wtedy nie mówiło, ale podchwyciliśmy pomysł i postanowiliśmy zwiedzać zamki. Przypomnieliśmy sobie, że z Krakowa do Częstochowy wiedzie Szlak Orlich Gniazd, na którym znajduje się mnóstwo zamków. No to w drogę.

Zamek w Korzkwi

Zaczęliśmy bardzo blisko – zamek w Korzkwi. Byłam tym miejscem tak zaskoczona, że muszę zacytować S. Jachowicza “Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie”. Dokładnie tak – do zamku w Korzkwi mamy raptem kilkanaście kilometrów a nigdy tam nie byliśmy (swoją drogą ani ja, ani wielu moich krakowskich znajomych).

Pod zamkiem znajduje się duży, bezpłatny parking, przy którym są zadaszone stoliki oraz spory plac zabaw dla dzieci. Sam zamek jest własnością prywatną, obecnie odrestaurowywaną i bezpłatnie udostępnianą zwiedzającym. Można swobodnie cieszyć oczy drewnianymi krużgankami, wielkimi komnatami z elementami oryginalnego umeblowania, a także starymi, kamiennymi ścianami budowli. Najbardziej zaskoczył mnie piec w bramie warownej zamku. Nie udało mi się znaleźć informacji, po co piec, na częściowo otwartej przestrzeni. Zamek otoczony jest parkiem, po którym można wygodnie spacerować.

Pieskowa Skała

Naszym następnym przystankiem był zamek w Pieskowej Skale. Dziedziniec zewnętrzny sprawiał świetne wrażenie – kamienna posadzka, mury porośnięte winoroślą, kwiaty i ławki żeby odpocząć. Wstęp na wewnętrzny dziedziniec i do zamku płatny. Niestety sam zamek nas nie zachwycił – murowane krużganki nie miały uroku tych Korzkiewskich, ani nie były zadbane tak jak na Wawelu – a wnętrze zamku to po prostu muzeum. Te starsze eksponaty nam się podobały, ale im bliżej współczesności, tym szybciej przechodziliśmy przez kolejne pomieszczenia, mając nieodparte wrażenie, że meblościanka w pokoju babci wygląda tak samo, jak sypialnia księżnej. Doceniam fakt, że tamte meble były ręcznie klejone z różnych fragmentów drewna, a nie malowane, ale efekt podobny. Z przyjemnością wróciliśmy na  zewnętrzne podwórze, by po krótkim spacerze wrócić do kampera.

Ruiny zamku w Bydlinie

Ponieważ naszym celem na niedziele były Bobolice, następny zamek wybieraliśmy palcem po mapie – aby był po drodze. Wybór padł na ruiny zamku w Bydlinie. Wiedzieliśmy, że są to tylko małe ruinki, ale nie mieliśmy już ochoty zwiedzać kolejnego muzeum. W Bydlinie, 600 m od ruin jest bezpłatny parking, z zadaszonymi stolikami. Na parkingu zjedliśmy obiad i poszliśmy na spacer. Uważam, że nie warto traktować tego zameczku jako punktu docelowego, ale jako miły przystanek na trasie – jak najbardziej. Las otaczający ruiny jest fajnie zagospodarowany, gdyż odtworzone są tam okopy wojenne i zabudowania żołnierskie. Same ruiny też są udostępnione dla zwiedzających, więc można się po nich wspinać, co dla kilkuletnich+ dzieci może być fajną zabawą.

Nocleg na plaży

Na koniec pojechaliśmy na nocleg, nad Zalew Porajski na Warcie. Od strony miejscowości Poraj i Masłońskie są publiczne plaże, od zachodniej strony jeziora jest jakiś ośrodek wypoczynkowy i camping. My wjechaliśmy w dróżkę od Poraja, wysiedliśmy i zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg (50°39’44.4″N 19°13’33.9″E). Cały brzeg jeziora jest właściwie piaszczystą plażą, co z jednej strony bardzo zachęcało do wjazdu, a z drugiej baliśmy się, że utkniemy w piasku. Zauważyliśmy jednak, że było kilka namiotów i nawet 2 przyczepy, więc stwierdziliśmy, że zaryzykujemy. Ścieżek (oczywiście piaszczystych) w stronę jeziora było kilka, więc wybraliśmy naszym zdaniem najtwardszą i zjechaliśmy na plażę. I chociaż woda w jeziorze była brudna, to ogólnie miejsce naprawdę ładne i mogliśmy się cieszyć miłym wieczorem i pięknym widokiem.

Następnego dnia byliśmy umówieni ze znajomymi z Krakowa. Przyjechali do nas nad zalew, zjedliśmy obiad a potem wyjechaliśmy z plaży. I tutaj muszę napisać, ze wyjazd trwał o wiele dłużej niż wjazd, ponieważ niestety zakopaliśmy się w piasku. Na szczęście wystarczyło użycie podkładów poziomujących pod koła i naprzemienne ich wsuwanie – ale zdecydowanie ta przygoda nauczyła nas, że trzeba się doposażyć.

Zamek królewski w Bobolicach

Zamek w Bobolicach jest kolejnym, który zdecydowanie polecam. Parking jest bezpłatny, chociaż trzeba zapłacić za wejście na tereny zielone zamku – co wydało nam się dziwne, ale może w ładniejszą pogodę (nam troszkę kropił deszcz) warto pospacerować po błoniach. Na sam zamek jest osobne wejście (płatne). Zamek jest częściowo odrestaurowany i w dalszym ciągu trwają w nim prace. Mnie jak zwykle najbardziej zachwycają mury, podłogi i sufity a nie sprzęty w środku. Dlatego niewielka ilość starych mebli była dla mnie całkowicie wystarczająca. A same mury, komnaty, krzywe ściany i tynki są naprawdę bardzo ładne. Ciekawym elementem była toaleta, do której wchodziło się z komnaty, natomiast cała toaleta wystawała poza mury zamku, więc nieczystości leciały prosto za mur. Z informacji praktycznych – nigdzie nie było toalet dla zwiedzających. Kilka kilometrów od Bobolic były Ruiny Zamku w Mirowie ale tam już nie poszliśmy.

Więcej szczegółów jakie zamki można zobaczyć zwiedzając Szlak Orlich Gniazd przeczytamy na stronie Szlaku.

Pustynia Błędowska

Wracając do Krakowa zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym Pustyni Błędowskiej “Czubatka” (dojazd z miejscowości Klucze, 50°20’10.9″N 19°32’57.9″E). Fajne miejsce z ławkami i wiatami, gdzie zjedliśmy kolację w zachodzącym słońcu. Ale chodź miejscówka na zakończenie weekendu świetna – to sama pustynia mnie nie zachwyciła – może po prostu oczekiwałam czegoś innego. Ogólnie rzecz biorąc – super weekend, a zwiedzanie zamków gorąco polecam i na jednodniowe wycieczki, i na te dłuższe.

Jeśli chcecie poczytać o naszych innych weekendowych wyjazdach, to zapraszam do kategorii Weekndowe wypady.

Powrót na górę